Edukacja seksualna

Młody zaraz po wyjściu ze szkoły, zwrócił się do mnie z pytaniem, co to jest prezerwatywa?

Nie unikamy rozmów na tematy związane z seksualnością, więc zaczęłam tłumaczyć mojemu 4-klasiście (który w ubiegłym semestrze przerabiał w szkole na przyrodzie kwestie anatomiczne), po co to jest. Przy okazji zapytałam, skąd nagle zainteresowanie tym tematem. W odpowiedzi usłyszałam, że dziś jeden kolegów z klasy powiedział, że prezerwatywy są w różnych kolorach i smakach, i panie je liżą.

Ciekawa jestem skąd kolega z klasy czerpie taką wiedzę? Od innej z mam wiem, że kolega ten chwalił się, że jego tata wszystko mu powiedział o prezerwatywie i pokazał jak ją się nakłada.

Ale chyba wchodzenie w niuanse o kolorach i lizaniu to lekka przesada, wiedza niekoniecznie potrzebna 10-latkom. Chyba że (co bardziej prawdopodobne) tata wyjaśnił niektóre kwestie, a synek zgłębił pozostałe w sieci.

Bo do internetu ma dostęp nieograniczony. Więc i wiedzę pogłębia nieustannie. Szkoda, że z równym zapałem kolega ten nie przykłada się do przedmiotów nauczanych w szkole. Bo orłem niestety nie jest. I jak to zwykle bywa braki w oficjalnej edukacji, rekompensuje inną wiedzą.

Ponarzekam trochę, bo będzie o podatkach

Jak to zwykle w marcu otrzymałam korespondencję z instytucji państwowych. Nie była to miła korespondencja, ale wezwanie do zapłacenia podatków od nieruchomości, użytkowania wieczystego itd.

Podatków nikt płacić nie lubi. I też nie uchylam się od tego mało przyjemnego obowiązku. Ale na boga niech mi ktoś wyjaśni, skąd oni biorą te kwoty?

Nie zauważyłam w ciągu ostatnich lat jakichś szczególnych zmian w mojej okolicy. Dlaczego więc szanowni radni podnoszą mi stawkę podatku. Co się zmieniło, że musiał wzrosnąć? Bo przecież nie ilość dziur w jezdni. Jeśli nawet, to dziur raczej przybyło, a nie ubyło, a to nijak nie uzasadnia wzrostu wartości mojej nieruchomości i podatku od niej.

Parę lat temu, ktoś w gminie (dziękujemy wam panowie i panie radni) podniósł opłatę za użytkowanie wieczyste. Nieważne, że połowa nieruchomości to parkingi, na których notorycznie parkują mieszkańcy okolicznych bloków z płyty, a nie ci, którzy za ten grunt płacą.

I jeszcze jedna ciekawostka. W zeszłym roku okazało się, że podatek od garażu (czyli miejsca w parkingu podziemnym) jest kilkakrotnie wyższy niż podatek od mieszkania.

Tego nijak pojąć nie mogę, bo metraż mojego miejsca parkingowego jest znacznie mniejszy od powierzchni mieszkania. Luksusów też tam raczej nie uświadczysz (tzn. w garażu :-)). Jakim więc cudem te dwadzieścia parę metrów betonowej podłogi jest opodatkowane wyższym podatkiem niż moje mieszkanie.

Czy ktoś jest w stanie logicznie to wyjaśnić?

Bo dla mnie jedyne wyjaśnienie to takie, że (jak zwykle) silniejszy okrada słabszego. Czyli nasze niewydolne państwo znów sięga do kieszeni obywateli, a kasę przeznacza na takie niezbędne im rzeczy, jak… kopuła na świątyni opatrzności, która to świątynia nikomu potrzebna nie jest, a już na pewno nie tym, którzy w mieszkają w otaczającym ją lemingradzie.

 

 

Galerianki czy zakupoholiczki

W ubiegłym tygodniu udałam się do Galerii Mokotów, bo postanowiłam kupić nieco ubrań dla dzieci.

Zazwyczaj kupuję je właśnie w styczniu i lipcu, rozmiar na zapas, dzięki czemu mam „więcej za mniej” jak zwykł mawiać Gok Wan, mój ulubiony stylista :-).

Ponieważ zakupy zwykle działają na mnie irytująco, a kolejki do przebieralni i tłum w sklepach, doprowadzają do szału, wybieram zwykle wczesne godziny przedpołudniowe, bo wtedy ludzi jest znacznie mniej. I zaparkować można bez problemu, bez kręcenia kółek na parkingu w poszukiwaniu wolnego miejsca o właściwej (dla mnie i mojego samochodu) szerokości.

Licząc na luzy w sklepach o godz. 10.00, przeliczyłam się, choć był to dzień powszedni.

Widać sporo jest osób o nienormowanym czasie pracy (tak jak ja), które robią zakupy przed południem. Jest też sporo pracownic pobliskich biurowców, które zakupy robią w przerwie na lunch.

Jednak pojęcia nie mam, co o godz. 11.00 robią w centrum handlowym nastolatki. Zawsze wydawało mi się, że godz. 8.00-14.00 zarezerwowane są na naukę w szkole.

Po ilości gimnazjalistek i panien w wieku ok. 16-17 lat, szwendających się w środę przed południem po centrum handlowym wnioskuję, że teraz w gimnazjach i szkołach średnich obowiązują inne godziny pracy. Nie wiem tylko jakie. Ale ja zatrzymałam się na etapie podstawówki.

Tak czy owak, nastolatek jest pełno. I wcale nie chodzą one po sklepach. Przynajmniej nie tak licznie, jak po korytarzach czy jak to się tam nazywa w tego typu obiektach handlowych (pasaże?).

Nie wiem, co dziewczęta te porabiają. Nie wiem, co na to ich rodzice. Pewnie część tkwi w błogiej nieświadomości i myśli, że dziecię zdobywa wiedzę w pocie czoła, a nie szlaja się po obiektach gastronomicznych wątpliwej jakości.

Jak już zaczęłam zwracać uwagę na to zjawisko, przyuważyłam także panów, zwykle w pojedynkę, po 40-tce, przechadzających się ostentacyjnie w okolicach obleganych przez małolaty.

Może naoglądałam się filmów. Może jestem podatna na teorie spiskowe. Może jestem bezduszna i nie wierzę w miłość. Ale nastolatka w towarzystwie brzuchatego faceta z sygnetem na małym palcu nie kojarzy mi się z tatusiem i córką na zakupach. A przynajmniej nie w tych okolicznościach przyrody.

Z drugiej strony, może tkwię w błędzie. Może to młodociane zakupoholiczki w towarzystwie swoich psychoterapeutów przechodzą w centrach handlowych swoistą terapię chcąc uwolnić się od nałogu? Może to wujkowie i siostrzenice akurat przejazdem w Warszawie, korzystają z noworocznych wyprzedaży?

Jak by nie było, za dużo tego małoletniego towarzystwa uzależnionego od centrów handlowych, a uczulonego na edukację.

 

 

 

Wychowywanie czy chów dzieci

Ostatnio mamy w szkole problem z Rafałem.

Rafał chodzi do tej samej klasy co Młody, ale nie są (chwalić Pana!!!) zaprzyjaźnieni.

Rafał mieszka z mamą, babcią i dziadkiem. Ojciec mieszka gdzieś tam w okolicy. W pobliżu mieszkają za to dwaj bracia przyrodni Rafała (jeden to jego równolatek, uczęszczający do równoległej klasy czwartej). I taka to rodzina patchworkowa ;-).

Mama Rafała od paru lat próbuje sobie ułożyć życie. Jest na etapie poszukiwania, więc epatuje ewentualnych kandydatów mini spódniczką, białymi kozaczkami i sztucznymi rzęsami w połączeniu z solarkową opalenizną.

Rafał wychowuje się sam. Chyba że wychowaniem można nazwać wkład babci Rafała w poszerzanie słownictwa wnuka o słowa w powszechnym odbiorze uważane za obelżywe.

Rafał, jako dziecko z rodziny niewydolnej wychowawczo, radzi sobie jak może, a w zdobywaniu doświadczeń życiowych dzielnie wspierają go starsi koledzy z osiedla.

W ubiegły roku Rafał – przeszkolony przez nastoletnich kolegów, zafundował więc kolegom ze świetlicy poglądową lekcję z masturbacji. Koledzy jednak okazali się niedojrzali do tak hardcorowych doświadczeń i wygadali się rodzicom. I sprawa się rypła, bo ci narobili dymu i mama została wezwana na dywanik, gdzie z rozbrajającą szczerością wyznała, że ona nie ma na syna wpływu.

Początek tego roku przyniósł kolejne odkrycia. Okazało się bowiem, że Rafał ogląda porno i o swoich odkryciach w kwestiach damsko-męskich informuje kolegów z klasy.

Ci znów nie stanęli na wysokości zadania, wygadali się rodzicom i szkolna pani pedagog ma co robić. Tym razem jednak mama Rafała wykazała się większą przebiegłością. Nie zamierza świecić za syna oczami, więc telefonów ani maili ze szkoły nie odbiera. Rodziców z klasy syna omija szerokim łukiem. Udaje, że jej nie ma. Jest nieosiągalna.

Pani wychowawczyni ma z tym duży problem. Pozostali rodzice są wkurzeni na maksa. A Rafał poznaje nowe obszary życia, dotychczas mu obce. Do dziewczynek zwraca się słowami: „posuńcie się dziwki”. Na lekcjach wchodzi na ławkę i rozwala zajęcia.

Patrząc na to zawsze zastanawiam się, po co niektórzy ludzie mają dzieci. Można zaliczyć wpadkę, ale można też oddać dziecko do adopcji, jak się nie czuje instynktu macierzyńskiego, a tatuś odpłynie w siną dal.

Dlaczego ludzie są tak bezmyślni, że nie wyobrażają sobie zrzeczenia się praw rodzicielskich. Czy to wstyd przed sąsiadami? Czy działa tu czynnik finansowy w postaci becikowego?

Nie czują za to wstydu wychowując syna na łobuza.

Choć może wychowanie nie jest tu właściwym słowem. Bo to raczej chów lub hodowla, która z troską rodzicielską nie ma nic wspólnego.

 

 

Nadopiekuńczy rodzice

Od września w klasie syna jest mniej dzieci. O jedno. Bo tata Marcinka zdecydował o przeniesieniu syna do klasy równoległej.

Wszystko oczywiście przez te wredne dzieci z naszej klasy, które nie doceniły wyjątkowości Marcinka, jego pomysłów na wspólną zabawę i tego, że jest grzecznym i wrażliwym dzieckiem.

Na marginesie dodam, że Marcinek to wychuchany jedynak nadopiekuńczych rodziców, którzy uważają, że świat dostosuje się do ich syna. Marcinek to niestety wrażliwe i spokojne dziecko, któremu brak przebojowości i asertywności, co doprowadziło do tego, że wyrósł na ofiarę klasową. A najsmutniejsze w tym jest to, że Marcinek całkiem nieźle radził sobie z kolegami dopóki w relacje klasowe nie wkroczył… jego tata, który zakazał mu kontaktów z dziećmi i z byle pierdołą latał do dyrektorki.

Jest więc Marcinek od września uczniem innej klasy czwartej. I podobno świetnie sobie radzi. Tak przynajmniej twierdzi jego tata, który wszystko wie lepiej.

Nie wiedzieć jednak czemu, patrząc na Marcinka w szkole odnosi się wrażenie, że jest to dziecko smutne, wyalienowane i nieakceptowane przez otoczenie. I że jest mu w tym roku gorzej, niż jak był w poprzedniej, starej klasie.

Nasza klasa idealna nie jest. Dzieci są jakie są, bo mają takich a nie innych rodziców. Trudno jednak oczekiwać, że wyrwanie dziecka ze środowiska, w którym przebywało 3 lata, ułatwi mu życie. Zwłaszcza, że czwarta klasa jest i tak trudna, nawet bez takich towarzyskich atrakcji jak zmiana klasy.

Jednak przez 3 lata Marcinek wypracował sobie (z trudem) relacje z kolegami. Może nie był najbardziej lubiany, ale był tolerowany, bo wszyscy wiedzieli, jaki jest. Jak przysłowiowy Ananiasz z książki Gościnnego o Mikołajku, miał taryfę ulgową u chłopaków, bo „okularnika się nie bije”. Kujona też nie. Zresztą nie on jeden okularnik w klasie, a pozostali jakoś sobie radzą.

Patrząc na smutnego 10-latka, snującego się samotnie po szkole, zastanawiam się tylko, jakim trzeba być zadufanym w sobie idiotą, żeby nie widzieć, że dziecku dzieje się krzywda. I że jest to wina rodziców, którzy mając jakąś utopijną wizję świata i wychowania dziecka uważają, że odcinając syna od kolegów uczynią go szczęśliwszym.

Jak można przypuszczać, że dziecko, które nie ma żadnych przyjaciół jest szczęśliwe? Jak można myśleć, że rodzice wypełnią dziecku cały świat i że inni ludzie nie są potrzebni do szczęścia.

To, że rodzice są odludkami i paranoikami, którzy wszędzie węszą podstęp, nie usprawiedliwia wychowywania dziecka na jednostkę aspołeczną.

Wiem, że niektórym trudno pojąć, że dziecka nie wychowuje się dla siebie, tylko dla świata. Szczególnie mamusie jedynaków mają problem z zaakceptowaniem tego faktu.

Ale każdy rozsądnie myślący rodzic widząc, iż dziecko nie jest szczęśliwe próbowałby zmienić ten stan tak, aby było to z korzyścią dla dziecka. A nie po to, aby poprawić swoje własne samopoczucie i przeświadczenie, że ma się absolutną rację i monopol na decydowanie o własnej rodzinie.

Tyle mówi się o dzieciach zaniedbywanych. Szkoda, że nic nie mówi się o dzieciach, którym rodzice – w imię chorej miłości i własnego rozbuchanego ego – rozwalają życie, skazując na samotność, niezrozumienie i permanentny stres.

Wyprzedaż prezentów czas zacząć :-)

Od pewnego czasu mamy taką nową świecką tradycję, że ustalamy przed świętami, co komu kupić.

Potencjalny obdarowany delikatnie sugeruje, co chciałby dostać. Dotyczy to zwłaszcza dzieci, które w listach do św. Mikołaja proszą o wymarzone rzeczy.

Ma to swoje dobre strony, bo przynajmniej ciocie i wujkowie nie muszą biegać w amoku w poszukiwaniu wymarzonego prezentu, tylko kupują to, co naprawdę sprawi radość.

Zwykle ustalamy też, że ograniczamy się do prezentów dla dzieci i – w większości przypadków – nie kupujemy prezentów wszystkim dorosłym. Powodem jest czysty pragmatyzm, bo obdarowanie każdego byłoby rujnujące dla innych.

Zasadniczo wszyscy przestrzegają tych ustaleń, bo nikt nie lubi sytuacji, kiedy dostaje prezent, a nie może zrewanżować się darczyńcy.

Wszyscy – poza jedną osobą. Która wie lepiej i zawsze wyskoczy z jakimś nadprogramowym darem. Jest to kłopotliwe, bo prezenty są z gatunku tych, które chowa się na dnie szafy, bo puścić tego w obieg nie wypada – z szacunku dla innych.

Obdarowani robią więc dobrą minę do złej gry, bo przecież nie wypada inaczej. Darczyńca uważa, że znów zrobił innym fantastyczną niespodziankę i cieszy się, że nie trzymał się ustalonych wcześniej reguł. Nieważne, że te kilka drobiazgów to w sumie kilkaset złotych wyrzuconych w błoto. Zwłaszcza że przy miesięcznym budżecie, którym dysponuje, to kwota znaczna.

Nie ma sposobu, aby wyplenić ten chory nawyk obdarowywania różnego rodzaju durnostojkami. Te tzw. bibeloty w postaci fajansowych figurek pastereczki i dzieciątek czy kryształowych miseczek do postawienia na meblościance, zazwyczaj trafiają do osób preferujących minimalistyczny wystrój wnętrz po to, aby „trochę ocieplić mieszkanie, żeby było bardziej przytulne”.

Tak więc w tym roku wśród prezentów „nadprogramowych” pojawiły się: kamienna piramida – która jakoby zapewnia szczęście, jabłko z czegoś co przypomina marmur (ale marmurem nie jest) – wręczone 40-letniemu kawalerowi z tekstem żeby „znalazł swoją drugą połowę” ;-), indyjski słonik w ciąży – na szczęście dla dziewczyny spodziewającej się dziecka.

Już lepsze byłyby kapcie, jak w reklamie pewnego banku z udziałem Kevina Spacey ;-).

Dlaczego plujemy na Polskę?

Kilka dni temu przeczytałam wypowiedź Agnieszki Holland na temat naszego kraju.

Pani Holland powiedziała: „Mieszkam i pracuję poza Polską. Kiedy przyjeżdżam uderza mnie fala niedobrego powietrza, coś takiego jakby w zamkniętym pomieszczeniu ktoś bez przerwy puszczał bąki. Jest coś takiego, że jest duszno”.

Oczywiście każdy ma prawo do własnej opinii. Skoro p. Holland źle czuje się w tym kraju, to może słusznie robi, że tu nie mieszka.

Tak się tylko zastanawiam, dlaczego ten kraj jest taki a nie inny?

Czy przypadkiem nie jest tak dzięki takim osobom jak ojciec p. Holland – Henryk, swojego czasu zagorzały komunista.

Czy to nie tacy jak on kładli podwaliny pod to, jak nasz kraj wygląda dziś?

Dzięki takim aktywnym działaczom PZPR mamy dziś to, co mamy. Po latach komuny próbujemy nadrobić stracone półwiecze. Stracone pod względem ekonomicznym, intelektualnym, społecznym i mentalnym. Jesteśmy dziś wasalem Zachodu dlatego, że startujemy ze straconej pozycji, którą zawdzięczamy takim, którzy niegdyś patrzyli na wschód.

Nie chcę wnikać, dlaczego p. Holland i jej siostra, mogły i  mogą sobie robić te swoje filmy. Kto w czasach głębokiej komuny mógł wyjeżdżać i studiować za granicą? Ci, którzy na to zasługiwali.

Dlatego zamiast teraz pluć na ten kraj, który ją wychował i wykształcił, niech się pani reżyserka lepiej weźmie za naprawianie krzywd, które w okresie powojennym spowodowała gorliwa działalność jej ojca i jemu podobnych.

Zamiast narzekać na nietolerancję, ksenofobię i zakłamanie, niech może dla odmiany zrobi film, który pokaże dlaczego Polacy są tacy, a nie inni. I niech to będzie film o wszystkich Polakach, a nie o określonej grupie – stanowiącej mniejszość.

I siedząc sobie w swoim wygodnym mieszkanku w Paryżu (czy gdzieś indziej) niech się p. Holland cieszy, że los dał jej szansę zdobycia wykształcenia i robienia tego, co chce. Bo nie każdy miał (i ma) taką możliwość.

Może ten kraj – opluwany, wyśmiewany i lekceważony – byłby inny, gdyby twórcy wywodzący się z Polski, zachowywaliby się inaczej.

Jakoś nie przypominam sobie, aby Amerykanie czy Francuzi tak narzekali na swoje ojczyzny, jak robią to Wielce Szanowni Polacy aspirujący do miana Ludzi Kultury czy Środowisk Opiniotwórczych. I nie tylko p. Holland mam tu na myśli.

Nie wstyd Wam?

Większość z nas, tych którzy nie mieli wpływowych rodziców lub urodzili się później niż Wy, musi odnaleźć się tutaj na własną rękę. Nikt nam nie pomoże. Nikt nie zasponsoruje studiów. Urodziliśmy się w pewnych warunkach – stworzonych przez Was – i musimy tu żyć.

I znosić Wasze fochy i narzekania próbując zrobić w tym kraju cokolwiek, żeby było lepiej, ładniej i bezpieczniej.

Pani Agnieszka ma ten komfort, że może wyjechać. Większość z nas – nie ma takiej możliwości. Dlatego tym bardziej wkurzają nas krzywdzące opinie emigrantów, którzy wygodnie umoszczeni w krajach o dobrym klimacie, dają nam światłe rady, jak żyć w Polsce i co zrobić, aby było lepiej.

 

Botox my love

W świąteczny wieczór siedziałam sobie przed telewizorem i oglądałam koncert kolęd. Bardzo ładny i nastrojowy koncert.

Wszystko było świetnie, dopóki kamera nie pokazała zbliżenia twarzy jednej z wokalistek.

Kayah – bo o niej mowa, wykrzywiała twarz w jakimś trupim grymasie, zupełnie nieprzystającym do otoczenia, w którym znalazła się.

Cenię Kayah za upór i konsekwencję w realizacji pasji muzycznych. Naprawdę nie interesuje mnie jej życie osobiste i prywatnie życzę jej jak najlepiej.

Jednak jej wybotoksowana twarz w bożonarodzeniowy wieczór, nastroiła mnie refleksyjnie i skłoniła do przemyśleń na temat tego – powszechnego w pewnych środowiskach – pędu za wieczną młodością.

Medycyna estetyczna istnieje od dawna i kto chce może z niej korzystać. Nic z tym złego, jeśli ktoś ma taką potrzebę.

Warto jednak zastanowić się, czy amatorzy botoxu i wypełniaczy nie przesadzają.

Przykro to pisać, ale Kayah po tych swoich zabiegach upiększających mogłaby spokojnie występować w roli Baby-Jagi z bajki o Jasiu i Małgosi.

Nie rozumiem, co skłania inteligentną kobietę do zrobienia z siebie karykatury… samej siebie.

Czyżby złudzenie, że uda się zatrzymać przemijający (coraz szybciej) czas? Złudzenie, że inni tego nie zauważą i pomyślą, że dobrze się trzyma.

Czy nie ładniej byłoby mieć kilka zmarszczek i może nieco już obwisłą skórę na policzkach, zamiast maski napiętej do granic możliwości i nadmiernie wyostrzonych rysów twarzy?

Jakiś czas temu w TV trafiłam na wywiad z p. Ewą Minge, która odgrażała się, że pozwie kogoś za głoszenie fałszywych rzekomo informacji na temat jej wyglądu. Pani Minge twierdziła, iż swój promienny i młody wygląd zawdzięcza dobrym genom i dbałości o skórę.

A ja – biedna telewidzka – tak się zastanawiałam, czy ta pani ma mnie za idiotkę? Czy myśli, że mając super gładką twarz na nieco pomarszczonej szyi, sprawia wrażenie osoby, która starzeje się naturalnie i nie korzysta z medycyny estetycznej.

Niech sobie te panie i panowie robią ze swoim ciałem, co chcą. Ale niech nam nie wmawiają, że swój jakoby młody wygląd zawdzięczają diecie, genom czy wysypianiu się. Nie róbcie z siebie pośmiewiska, a z nas idiotów.

I jeszcze jedno – nadużywanie photoshopa. Już rok temu na billboardzie reklamującym zabawę sylwestrową, Maryla Rodowicz wyglądała na moją rówieśniczkę, choć dzieli nas pokolenie. Z tegorocznego billboardu i prasy kolorowej – spogląda na mnie Maryla Rodowicz młodsza ode mnie.

Jeśli tempo odmładzania stosowane przed retuszerów będzie zachowane, w przyszłym roku p. Maryla będzie młodsza niż uczestniczki Top Model, a za dwa lata – chyba będzie reklamować kaszki dla niemowląt. Jako dzidzia oczywiście. Choć mam nadzieję, że nie będzie to dzidzia-piernik.




 

 

Teściowa i synowa – różnica pokoleniowa

Nie przepadam za moimi teściami. Nadajemy na tak różnych falach, że porozumienie jest niemożliwe.

Z teściem w sensie dosłownym – bo jego obszar zainteresowania ogranicza się do jedzenia i picia. Poza tym nawet jego własne dzieci nie są w stanie nawiązać z nim porozumienia, więc tym bardziej ja.

Teściowa nie jest złą kobietą, tylko mentalnie zupełnie odmienną ode mnie. I nie jest to tylko kwestia wieku.

Teściowa to typ powszechnie niegdyś spotykanej matki-Polki. Kiedy była młoda, wychowywała dzieci, a pan-mąż utrzymywał rodzinę. Z mężem średnio dogadywała się, a z czasem zaczęło się to pogłębiać. Gdyby nie sprawy finansowe, to pewnie pomyślałaby o rozwodzie, czemu trudno się dziwić patrząc na teścia.

Sensem życia teściowej był dom i dzieci. Kiedy dzieci dorosły, powstał problem, bo straciła sens życia. Kiedy ukochany syn wyprowadził się do narzeczonej przed ślubem najbardziej martwiło ją to „co ludzie powiedzą”. W ogóle „to co ludzie powiedzą” jest dla niej szalenie ważne.

Święta to czas szczególny, bo chcemy go spędzić z bliskimi. Co niestety nie zawsze oznacza rodzinę (w tym szczególnym przypadku  – rodzinę męża).

Oczywiście wrodzone poczucie obowiązku sprawia, że spędzamy je z jego rodziną, bo przecież tak wypada. Bo to ważne dla innych, choć średnio ważne dla nas.

Taki to urok Świąt – nie tylko w mojej rodzinie.

Szczęśliwie wypracowaliśmy jako taki kompromis, dzięki któremu teściowa jest częściowo usatysfakcjonowana, a ja nie dostaję nerwicy.

Problem jednak powraca co roku.

Zaczyna się od ilości potraw. Bo teściowa na Wigilię przygotowuje ich kilkanaście i oczekuje, że każdej spróbujemy. Jest to o tyle trudne, że mamy dwie Wigilie (bo także z moją rodziną). Poza tym nie wszystkie dania lubimy – ja i dzieci. A babcia zachęca, musztruje, wymusza, żeby jeść więcej, żeby jeść, jeść, jeść…

Poza tym po ponad tygodniowych przygotowaniach do Świąt, teściowa jest urobiona po pachy. I na nic coroczne sugestie jej synów, aby robiła mniej, bo przecież stół nie musi się uginać, bo żołądek ma ograniczoną pojemność, bo nikt nie oczekuje kilkunastu dań. Ona WIE LEPIEJ.

I jest nieszczęśliwa, bo nikt nie docenia jej starań i poświęcenia. Bo dlaczego nie chcemy zabrać do domu smażonej ryby? Dlaczego nie lubimy smażonej ryby na drugi dzień? Ona przecież lubi, a nie można marnować jedzenia! A dlaczego ja nie lubię kapusty z grochem? Przecież jest taka dobra!

Jak już dotrzemy na Wigilię do mojej mamy, to możemy szczęśliwie odpocząć przy barszczu, rybie i pierogach. Nikt w nikogo nie wmusza jedzenia, nikt nie strzela focha, że ktoś czegoś nie lubi.

Nie ma komentarzy typu „chyba mi się te pierogi trochę przypaliły” – na co należy zareagować wylewnym komentarzem, że nie, że są pyszne.

Mam świadomość, że kiedyś przygotowanie Wigilii spadanie na mnie. I gdyby chodziło tylko o moją rodzinę, to nie byłoby problemu. Zjedlibyśmy sobie spokojnie te 4-5 dań. Bez zadęcia, nerwów i dupościsku.

Ale zważywszy, że druga synowa mojej teściowej nie potrafi ugotować pomidorówki, przyjdzie mi kiedyś gościć w każdą Wigilię teściów. I to będzie problem. Bo „teściowa dobra rada” zapewne swoje trzy grosze dołoży.

Zakupowe impresje poświąteczne

Święta, Święta i … po Świętach.

Objedzona więcej niż zwykle – choć na szczęście mniej niż podczas ubiegłorocznych Świąt ;-), postanowiłam dokonać krótkiego podsumowania grudnia a.d. 2013.

Po pierwsze – w tym roku pomimo że zabrałam się za prezenty później niż zwykle, udało mi się ze wszystkim zdążyć. Prawie ze wszystkim. Bo niestety Św. Mikołajowi nie udało się dostarczyć gry dla Młodego. Zamówiona była gra Lego Marvel Super Heroes na xboxa. Niestety zdobycie tegoż cuda po 15 grudnia okazało nie niemożliwe. Zarówno sklepy internetowe (począwszy od merlina i empiku), jak i stacjonarne nie dysponowały tą grą. Chętni mogą ją nabyć po 15 stycznia ;-).

Jak mi więc ktoś powie, że dziś można wszystko kupić, to nie uwierzę. Nie wszystko. W połowie grudnia do nabycia pozostają tylko spady. Brawo dla dystrybutora. I dla Empiku, który jeszcze w okolicach 10 grudnia oferował grę w zbójeckiej cenie 250 zł, podczas gdy normalnie kosztuje ona 190 zł. Nie ma to jak wykorzystać okazję przed świętami.

Ja (czyli Mikołaj Święty) ze złodziejskiej oferty nie skorzystałam, dlatego Młody dostanie grę na urodziny, które ma w całkiem bliskiej przyszłości.

Zakupy spożywcze. Chwała za sklepy z dostawą do domu. Korzystam rzadko, ale w tym roku okazało się to świetnym rozwiązaniem.

Niestety niektóre zakupu trzeba zrobić stacjonarnie w zaprzyjaźnionych sklepach z rybami, ciastem i wędlinami.

Robiłam więc. Starałam się – na ile to możliwe nabyć to i owo wcześniej, bo zakupy dzień czy dwa przed Wigilią, to koszmar absolutny.

Niestety pieczywa i ciast wcześniej nie kupię, wstałam więc w Wigilię o poranku, aby o 7.30 stanąć w kolejce do cukierni. I tu miłe zaskoczenie. Tylko 5 osób przede mną.

Optymistycznie założyłam więc, że w piekarni pójdzie mi równie sprawnie. Niestety nie wzięłam pod uwagę faktu, że budka z chlebem sprzedaje również ciasta w cenie niższej niż cukiernia.

Stojąc w kolejce w piękny wigilijny poranek starałam się wykrzesać z siebie więcej empatii i zrozumienia niż zazwyczaj. Niestety po 30 minutach wrastania w chodnik, zmieniłam lokal na taki, który sprzedaje wyłącznie pieczywo. Wysłuchiwanie narzekań emerytów, że nie ten kawałek makowca chcieli, nie nastraja pozytywnie. Nie mam pojęcia jaką emerytką będę ja sama, więc staram się wykazać cierpliwość w obliczu niezdecydowania i nadwrażliwości osób starszych. Jednak szlag mnie trafia, kiedy ktoś wybiera kawałek sernika tak, jakby kupował samochód swoich marzeń.

Podsumowując więc przedświąteczne wrażenia zakupowe życzę nam wszystkim w Nowym Roku więcej wyrozumiałości dla ludzkich przywar i… tego, abyśmy czasem pomyśleli, że inni też stoją w kolejce… za nami.